Komentarz

Młodzi uczą nas radykalizmu

Młodzież niesie Krzyż ŚDMFot. Stanisław Wasiutyński / Kraków 2016 / Flickr.com
  • Musimy przestać marzyć o „cebulach z Egiptu”, wspominając jak to kiedyś było dobrze. Z chrześcijańską nadzieją mamy patrzeć w przyszłość i mieć odwagę, jaką ma wielu młodych tej ziemi. Młodzi bowiem uczą nas radykalizmu i pozwalają nam wrócić do pierwszej miłości.

Wydawać by się mogło, że aktualna sytuacja Kościoła w Polsce nie powinna nastrajać optymistycznie. Opublikowane niedawno wyniki badań Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego dotyczące dominicantes i communicantes – czyli katolików uczestniczących w niedzielnej Eucharystii i przyjmujących Komunię św. w jej trakcie – jednoznacznie wskazują, że tak źle jeszcze nigdy nie było w powojennej historii Kościoła w Polsce. Dane Instytutu mówią, że w ciągu ostatniej dekady liczba polskich katolików uczestniczących w niedzielnej Mszy świętej spadła o niemal 2,5 mln osób. Pustoszeją też seminaria, co sam zaobserwowałem w tych dniach odwiedzając wspólnotę seminaryjną, z której przed dwudziestu laty wyszedłem.

W 1997 roku, kiedy otrzymałem święcenia, w domu formacyjnym mojej prowincji zakonnej przebywało 50 braci. Dzisiaj do świeceń przygotowuje się tam jedynie 12 kleryków i gmach, który jeszcze przed dwoma dekadami tętnił życiem, dzisiaj niemalże świeci pustką. O. Ludwik Wiśniewski OP w głośnym już wywiadzie pod nieco pretensjonalnym tytułem „Oskarżam”, bije na alarm i mówi o dechrystianizacji Polski. „Oto na naszych oczach umiera w Polsce chrześcijaństwo.” Nie napawa mnie optymizmem także obraz polskiej młodzieży, w której budzą się demony nacjonalizmu i rasizmu.

Piszę te słowa w dniu zakończenia przez papieża pielgrzymki do Chile i Peru. W katedrze w Santiago Franciszek skierował do duchownych słowa, które wzywają jednak do tego, aby z optymizmem patrzeć w przyszłość. „Nasze społeczeństwa zmieniają się. – mówił papież – Rodzą się nowe i różne formy kulturalne, które nie pasują do znanych nam ram. I musimy przyznać, że często nie wiemy, jak się dostosować do tych nowych okoliczności. Nieraz marzymy o „cebulach z Egiptu” i zapominamy, że ziemia obiecana jest jeszcze przed nami. I to, że obietnica jest z wczoraj, ale dotyczy jutra. I możemy ulec pokusie zamknięcia się w sobie i izolowania się, aby bronić swoich stanowisk, które kończą się jedynie jako dobre monologi.

Możemy doświadczać pokusy myślenia, że wszystko jest złe i zamiast głosić ‚dobrą nowinę’, jedyne, co wyznajemy, to apatia i rozczarowanie. W ten sposób zamykamy oczy na wyzwania duszpasterskie, sądząc, że Duch nie będzie miał nic do powiedzenia.” Zwracając się natomiast już bezpośrednio do młodzieży papież wołał: „Jakże potrzebuje Kościół was [młodych], abyście wstrząsnęli nami i pomogli nam być bliżej Jezusa!” I dodał: „Wasze pytania i wasza chęć wiedzy, bycia wielkodusznymi wymagają od nas, abyśmy byli bliżej Jezusa. Wszyscy jesteśmy wezwani do bycia bliżej Jezusa”. To „w takich chwilach, w których wydaje się, że wiara gaśnie, nie możemy zapominać, że Jezus jest po naszej stronie”.

Przesłanie papieża jest jasne: musimy przestać marzyć o „cebulach z Egiptu”, wspominając jak to kiedyś było dobrze. Z chrześcijańską nadzieją mamy patrzeć w przyszłość i mieć odwagę, jaką ma wielu młodych tej ziemi. Młodzi bowiem uczą nas radykalizmu i pozwalają nam wrócić do pierwszej miłości. To przecież nie kto inny jak moi młodsi współbracia, studenci z franciszkańskiej prowincji św. Antoniego w Boliwii, gdy sytuacja związana z brakami personalnymi zmusiła nas do reorganizacji struktur zakonnych w tym kraju, wyszli z propozycją, abyśmy zostawili luksusowy klasztor w centrum Cochabamby i przeszli do slumsowej dzielnicy tego miasta, aby wzrastać w powołaniu wśród najuboższych. Pięknym przykładem jest dla mnie także o. Dydak Mientki z prowincji poznańskiej, który dzisiaj rozpoczyna misję w jednej z najtrudniejszych placówek naszego zakonu, w Sudanie Południowym.

Czym jest chrześcijański radykalizm uczą nas śp. Helena Kmieć, która przelała krew w mojej Cochabambie i jej przyjaciółka Anita Szuwald. To młodzi, takie jak te dwie dziewczyny, pokazują nam co znaczy odpowiedzieć na apel papieża wypowiedziany w czasie czuwania na Campus Misericordiae, aby zejść z kanapy. Nie można bowiem być młodym, a jednocześnie wygodnie leżeć na kanapie, zamykając oczy na świat. Helena i Anity, podobnie jak wielu innych młodych ludzi pokolenia Erasmusa i lotów low-cost, ruszają w świat, aby bezinteresownie służyć tym, którzy doświadczają ubóstwa i odrzucenia.

Helena przelała krew, Anita zaś po tym bolesnym wydarzeniu i już po powrocie do Polski pisała do mnie: „Już w domu, choć jeszcze sercem za oceanem. Dziękuje Bogu, że postawił na mojej drodze tak dużo pięknych ludzi. To umacnia, daje siłę i wiarę w dobro i w ludzi. Daje siłę do działania i zastanowienia nad własnym życiem, prowadzi do zmiany siebie na lepsze.” Są to słowa, w których nie znajdziemy skargi, złorzeczenia na ludzi, którzy zamordowali jej przyjaciółkę. Jest tylko siła wiary i wdzięczność.

To nie kto inny jak młodzi z krakowskiej wspólnoty Sant’Egidio, których miałem okazje poznać w tych dniach, uczą mnie wychodzenia w kierunku najuboższych; tych, którzy utracili wszystko, także dom, i żyją dzisiaj na dworcach. Wdzięczny jestem im za zaproszenie na Wigilię dla bezdomnych jaką zorganizowani w domu Bractwa Miłosierdzia na Siennej w Krakowie i za to, że zaprosili mnie, aby w grudniowy wieczór wyjść na Planty i spotkać się z najuboższymi. Czyż nie powinni przemyśleć formatorzy krakowskich seminariów, aby pójść za przykładem tej wspólnoty lub młodych organizujących Zupę na Plantach i właśnie do najuboższych skierować przyszłych duszpasterzy, aby służąć tym ostatnim klerycy uczyli się, czym jest chrzescijański radykalizm.

Bardzo dawno temu, jeszcze przed wstąpieniem do Zakonu, przeczytałem bajkę ks. Mieczysława Malińskiego „Ostatni zakonnik”. Opowiada ona historię zakonnika franciszkańskiego klasztoru przeżywającego gorycz świadomości, że jest właśnie tym ostatnim. Żył w pełni zmodernizowanym klasztorze, mając do dyspozycje najnowsze zdobycze techniki. Poruszając się po klasztorze na swym automatycznym fotelu wszędzie zastawał to samo: uporządkowane, czyste wnętrza, sprzątane przez automatyczne odkurzacze, lecz kompletnie puste. Do jego obowiązku jako ostatniego zakonnika i właściciela należało podjęcie decyzji: do kogo klasztor i wszystko, co stanowiło własność klasztoru, ma przynależeć.

Przeglądał propozycje, które mu zostały przekazane. Wystarczało nacisnąć guzik. Wtedy operacje prawnicze dotyczące przekazania własności na rzecz spadkobiercy zostałyby przeprowadzone według już z góry zaprogramowanego schematu. I oto pewnego dnia na teren klasztory wtargnął intruz, młody chłopak, przekonany, że w tym klasztorze już nikt nie mieszka. Chłopak najpierw zaczął rozczytywać się w tekstach reguł zakonnych. Powracał do klasztoru każdego dnia i po pewnym czasie zdjął swoje ubranie, wsadził na siebie zwyczajny habit wiszący w szafie i zabrał się do pracy. Wyszedł na podwórze i zaczął rąbać drwa. Następnie chłopak przygotował sobie jakiś skromny posiłek, po czym poszedł do kaplicy. Ukląkł na drewnianej podłodze i modlił się długo. Po pewnym czasie do tego młodzieńca dołączyli kolejni. Klasztor na nowo zaczął żyć pierwotną regułą.

Gdy czytałem tę opowieść pod koniec lat 80-tych była to dla mnie bajka czysto futurystyczna. Nie znałem przecież rzeczywistości już wówczas zamykanych klasztorów na Zachodzie Europy. To co była opowieścią, staje się powoli także i u nas rzeczywistością. Chociaż jeszcze nie. Wielu młodych pragnie radykalizmu, wystarczy jedynie abyśmy i my także powrócili do pierwotnej miłości, nawrócili się i pierwsze czyny podjęli (por. Ap 2, 4-5).

Dodaj komentarz